Patrzymy na to samo drzewo. Ale czy widzimy to samo?O zniekształceniach poznawczych, rozwijaniu świadomości i pytaniu: „Czy potrafię pozostać w bliskości z kimś, kto widzi świat inaczej?”

Niedawno, podczas spaceru z mamą po ogrodzie botanicznym, zatrzymałyśmy się przy pewnym drzewie. Na jego korze dostrzegłyśmy osobliwy rysunek. Spojrzałyśmy na siebie i obie się uśmiechnęłyśmy.
W pierwszej chwili nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać mamę, co właściwie zobaczyła. Byłam przekonana, że widzimy dokładnie to samo.
Dopiero po chwili pojawiła się refleksja: A skąd ja właściwie wiem, co ona zobaczyła? Zapytałam. I okazało się, że ten sam rysunek na korze drzewa uruchomił w nas zupełnie inne skojarzenia. Niby drobiazg. A jednak zatrzymał mnie na dłużej. Uświadomiłam sobie, jak często w życiu zakładałam, że skoro coś jest dla mnie oczywiste, musi być równie oczywiste dla drugiej osoby. Że skoro patrzymy na to samo wydarzenie, słyszymy te same słowa, uczestniczymy w tej samej rozmowie, to przecież wiemy, co się wydarzyło.
Tymczasem niekoniecznie.
Nie widzimy świata wyłącznie takim, jaki jest. Widzimy go również przez pryzmat tego, kim jesteśmy, czego doświadczyliśmy, czego się nauczyliśmy i czego się obawiamy.
Kiedy porozumienie mylimy z jednomyślnością
W tej historii zaciekawiło mnie jeszcze coś.
Obie z mamą się uśmiechnęłyśmy. Było między nami porozumienie, wspólna chwila rozbawienia, może nawet poczucie bliskości. I właśnie dlatego tak naturalnie przyszło mi założenie, że zobaczyłyśmy dokładnie to samo.
Pomyliłam wspólnotę emocjonalnego doświadczenia ze wspólnotą znaczeń.
A przecież możemy czuć podobnie, choć zupełnie inaczej rozumiemy to, co się wydarzyło.
Możemy śmiać się z tego samego zdarzenia, ale z innych powodów. Możemy razem milczeć, choć dla jednej osoby cisza oznacza spokój, a dla drugiej napięcie. Możemy przeżywać tę samą rozmowę, a później opowiedzieć o niej dwie zupełnie różne historie. I odwrotnie. Możemy doskonale rozumieć, co druga osoba ma na myśli, a jednak czuć coś zupełnie innego. Interesuje mnie pytanie jak często w bliskich relacjach zakładamy, że skoro jesteśmy razem, kochamy się, znamy od lat, to powinniśmy podobnie widzieć świat?
Przecież wiesz, o co mi chodzi. Rozumie Pani o co chodzi? Myślałam, że czujesz to samo. Jak możesz tego nie rozumieć?
A może właśnie w takich momentach zaczyna się prawdziwa trudność w spotkaniu z drugim człowiekiem? Kiedy nie dopuszczamy możliwości, że możemy się różnić. Bliskość nie oznacza przecież, że mamy identyczne światy wewnętrzne. Nie wymaga też, żebyśmy zawsze czuli, myśleli i interpretowali rzeczywistość w ten sam sposób. Przeciwnie. Dojrzała bliskość pozwala odkrywać odrębność drugiej osoby bez konieczności traktowania jej jako zagrożenia dla więzi.
W psychologii blisko temu do pojęcia mentalizacji — zdolności rozpoznawania, że zarówno my, jak i inni ludzie mamy własne myśli, uczucia, intencje i przekonania, których nie możemy poznać z całkowitą pewnością.
Może więc jednym z najważniejszych przejawów rozwijającej się świadomości jest moment, w którym przestajemy zakładać, że drugi człowiek mieszka w naszej głowie.
I zaczynamy być ciekawi tego, co naprawdę dzieje się w jego świecie.
Nasz umysł jest znakomitym gawędziarzem
I bywa, że opowiada nam historie z takim przekonaniem, że nawet nie przychodzi nam do głowy sprawdzić, czy są prawdziwe.
W psychologii poznawczej opisano mechanizmy zwane zniekształceniami poznawczymi. To pewne nawykowe sposoby interpretowania rzeczywistości, które mogą sprawiać, że mylimy własne przypuszczenia z faktami.
Nie oznacza to, że nasze myśli są zawsze fałszywe. Problem pojawia się wtedy, gdy jedną z możliwych interpretacji uznajemy za jedyną prawdę.
Przyjrzyjmy się kilku sposobom, w jakie nasz umysł potrafi opowiadać nam historie.
1. Czytanie w myślach
„Wiem, co on sobie pomyślał”.
Chociaż nie zapytałam. Nie mam dowodów. Ale jestem przekonana, że wiem.
2. Katastrofizacja
„Jeśli coś pójdzie nie tak, wszystko się zawali”.
Umysł przeskakuje od drobnej trudności do najgorszego możliwego scenariusza, pomijając wszystkie inne.
3. Personalizacja
„Jest dziś milczący. Pewnie zrobiłam coś nie tak”.
Jakbyśmy byli odpowiedzialni za każdy nastrój i każdą emocję drugiego człowieka.
4. Myślenie czarno-białe
„Albo mnie kochasz, albo nie”.
Jakby pomiędzy tymi dwoma biegunami nie istniał cały świat ludzkich emocji, sprzeczności i niuansów.
5. Rozumowanie emocjonalne
„Czuję się odrzucona, więc na pewno zostałam odrzucona”.
Emocja staje się dowodem. Tymczasem to, co czujemy, jest prawdziwym doświadczeniem, ale nie zawsze trafną interpretacją rzeczywistości.
6. Nadmierne uogólnianie
„Zawsze tak robisz!”.
Choć być może wydarzyło się to drugi raz.
Jedno zdarzenie zamienia się w regułę, a pojedyncze doświadczenie w opowieść o całym życiu.
7. Filtr negatywny
Dziesięć miłych słów i jedna krytyczna uwaga.
Zgadnij, co będę pamiętać przez cały wieczór.
8. Dyskwalifikowanie pozytywów
„Udało mi się, ale to tylko szczęście”.
Sukces nie może być dowodem kompetencji. Za to najmniejszy błąd już tak.
9. Przepowiadanie przyszłości
„Ta rozmowa na pewno skończy się kłótnią”.
Nie znam przyszłości, ale mój umysł zachowuje się tak, jakby właśnie wrócił z podróży w czasie.
10. Etykietowanie
„Popełniłam błąd, więc jestem beznadziejna”.
Zamiast opisać konkretne zachowanie, definiujemy całego człowieka.
11. Powinności
„Powinien wiedzieć, czego potrzebuję, jeśli naprawdę mnie kocha”.
Jakby miłość dawała zdolność telepatii.
12. Wyolbrzymianie i minimalizowanie
„Moje sukcesy to nic wielkiego, ale ta porażka jest straszna”.
Jednym doświadczeniom nadajemy ogromne znaczenie, inne pomniejszamy niemal do zera.
13. Obwinianie
„To wszystko przez niego”.
Albo przeciwnie: „To wszystko moja wina”.
Jakby w złożonych ludzkich relacjach odpowiedzialność zawsze musiała spoczywać wyłącznie po jednej stronie.
14. Przekonanie o koniecznej sprawiedliwości
„Skoro ja tyle daję, inni powinni dawać mi dokładnie tyle samo”.
Nasze osobiste wyobrażenie o sprawiedliwości staje się miarą, według której oceniamy świat.
Brzmi znajomo?
Dla mnie również.
Co ciekawe, wiele z tych sposobów myślenia pojawia się szczególnie intensywnie w bliskich relacjach. Tam, gdzie najbardziej zależy nam na byciu widzianym, rozumianym i kochanym.
A co, jeśli nasz umysł nie tyle się myli, ile próbuje nas chronić?
To perspektywa, która jest mi szczególnie bliska w pracy terapeutycznej.
Ktoś, kto dorastał w atmosferze napięcia, mógł nauczyć się błyskawicznie odczytywać najmniejsze zmiany w mimice innych ludzi. Dziś może być przekonany, że doskonale wie, kiedy ktoś jest na niego zły.
Ktoś, kto wielokrotnie doświadczał odrzucenia, może spodziewać się go nawet tam, gdzie jeszcze nic takiego się nie wydarzyło.
Ktoś, kto za błędy płacił wysoką emocjonalną cenę, może traktować najmniejsze potknięcie jak zapowiedź katastrofy.
A ktoś, kto w dzieciństwie musiał troszczyć się o emocjonalny dobrostan rodziców, może w dorosłości czuć się odpowiedzialny za każdy smutek, gniew czy rozczarowanie partnera.
Nie oznacza to, że każde zniekształcenie poznawcze musi mieć swoje źródło w dzieciństwie. Jednak nasze doświadczenia mogą kształtować sposób, w jaki interpretujemy świat.
To, co dzisiaj ogranicza naszą perspektywę, mogło kiedyś pomagać nam odnaleźć się w trudnym otoczeniu.
Dlatego nie chodzi o to, żeby walczyć z własnymi myślami, wyśmiewać je czy nieustannie poprawiać.
Chodzi o to, żeby nauczyć się je zauważać. Rozpoznawać ich źródła. Sprawdzać, na ile odpowiadają rzeczywistości.
I odzyskać możliwość wyboru, czy chcemy im wierzyć.
Odrębność nie oznacza utraty więzi
Myślę, że jest w tej historii jeszcze coś ważnego. Coś, co wykracza poza same zniekształcenia poznawcze.
Nasza zdolność do przyjmowania odmiennych perspektyw może być związana z tym, na ile potrafimy czuć się bezpiecznie w odrębności.
Bo przecież nie zawsze chodzi o to, że nie dostrzegamy różnic. Czasami dostrzegamy je doskonale, ale trudno nam je znieść.
Kiedy ktoś bliski myśli inaczej, czuje inaczej, inaczej zapamiętał wspólne wydarzenie, możemy nieświadomie odbierać to jako zagrożenie.
„Jak możesz tak myśleć?”
„Przecież byliśmy tam razem!”
„Skoro mnie kochasz, powinieneś mnie rozumieć”.
Jakby różnica zdań oznaczała pęknięcie w relacji. Jakby odrębność drugiego człowieka odbierała nam poczucie bliskości.
Być może dlatego tak często próbujemy przekonać innych do swojej wersji rzeczywistości. Nie zawsze po to, żeby mieć rację. Czasami po to, żeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa.
Szczególnie jeśli dorastaliśmy w środowisku, w którym odmienność była karana, niezgoda oznaczała odrzucenie, a przynależność wymagała dostosowania się do cudzych oczekiwań.
Wtedy możemy nieświadomie nauczyć się, że aby pozostać w więzi, trzeba zrezygnować z części siebie. Albo przeciwnie — że aby zachować siebie, trzeba walczyć o własną rację.
Tymczasem dojrzała relacja otwiera trzecią możliwość.
Mogę być sobą i pozwolić Tobie być sobą.
Mogę widzieć coś inaczej, nie unieważniając Twojego doświadczenia.
Mogę nie zgadzać się z Tobą, nie przestając Cię kochać.
Mogę być ciekawa Twojej perspektywy, nie rezygnując z własnej.
To jeden z ważnych aspektów różnicowania się psychicznego — zdolności do zachowania własnej tożsamości i emocjonalnego kontaktu z drugim człowiekiem jednocześnie.
I być może właśnie tutaj spotykają się rozwój świadomości, dojrzałość emocjonalna i zdolność do bliskości.
Nie w osiągnięciu jednomyślności, lecz w coraz większej pojemności na różnorodność ludzkiego doświadczenia.
A może właśnie tutaj zaczyna się rozwijanie świadomości?
Czasami myślimy, że poszerzanie świadomości oznacza kontakt z innymi wymiarami, duchami, pozaziemskimi cywilizacjami albo dostęp do jakiejś niezwykłej wiedzy.
Szukamy nadzwyczajnych doświadczeń, odmiennych stanów świadomości, przekroczenia granic codziennego postrzegania.
Sama fascynuję się wewnętrznym światem człowieka, symboliką, medytacją i doświadczeniami, które trudno zamknąć w racjonalnych wyjaśnieniach.
A jednak coraz bardziej przekonuje mnie, że jedna z najważniejszych dróg poszerzania świadomości prowadzi przez coś znacznie bardziej zwyczajnego.
Przez codzienne spotkanie z drugim człowiekiem.
Przez odkrycie, że nie wiem, co myśli.
Że moja interpretacja nie jest jedyną możliwą.
Że moje emocje są ważne, ale nie zawsze opowiadają całą historię.
Że mogę mieć rację. Ale mogę też czegoś nie dostrzegać.
Że drugi człowiek nie jest przedłużeniem mojego świata wewnętrznego.
Poszerzanie świadomości to również poszerzanie perspektywy w zwyczajnym tu i teraz.
To zdolność do wyjścia poza automatyczne reakcje, własne przekonania i utarte sposoby interpretowania rzeczywistości.
To gotowość, żeby zamiast natychmiastowej oceny pojawiła się ciekawość.
Zamiast pewności — pytanie.
Zamiast potrzeby przekonania drugiej osoby — próba zrozumienia.
I być może jedną z najbardziej dojrzałych umiejętności jest zdolność powiedzenia:
„Ja widzę to tak. A jak Ty to widzisz?”.
Co pomaga w codziennym konflikcie?
Zanim uznasz własną interpretację za jedyną prawdę, spróbuj zatrzymać się na chwilę.
Jeśli emocje są zbyt intensywne, możesz potrzebować przerwy, żeby odzyskać równowagę. Warto wtedy ustalić, kiedy wrócicie do rozmowy.
A potem sprawdź:
Co dokładnie się wydarzyło? Jakie są fakty, które mogłaby zarejestrować kamera?
Co sobie dopowiadam? Jaką historię opowiada mi mój umysł?
Co czuję i czego potrzebuję? Czy pod złością kryje się lęk, smutek, bezradność albo potrzeba bliskości?
O co mogę zapytać drugą osobę? Zamiast zakładać, że znam jej myśli, intencje i motywacje.
Sprawdzanie własnych interpretacji nie oznacza podważania swoich uczuć ani rezygnacji z granic.
Nie każda trudna emocja wynika ze zniekształcenia poznawczego. Nie każde poczucie zagrożenia jest nieuzasadnione. Jeśli ktoś wielokrotnie nas rani, lekceważy lub przekracza nasze granice, warto traktować te zachowania poważnie.
Rozwijanie świadomości nie polega na tym, żeby wszystko sobie wytłumaczyć i wszystko zaakceptować.
Polega również na coraz trafniejszym rozpoznawaniu rzeczywistości i podejmowaniu świadomych decyzji.
I jeszcze jedno.
Warto uważać, żeby wiedza o błędach poznawczych nie stała się kolejną bronią w relacjach.
„To tylko twoje zniekształcenie poznawcze!” raczej nie uratuje rozmowy. 😉
Znacznie ciekawiej zacząć od własnych założeń.
Wracam myślami do tamtego drzewa w ogrodzie botanicznym.
Do dwóch kobiet, które spojrzały na ten sam kawałek kory i uśmiechnęły się, każda do czegoś innego.
Myślę sobie, ile razy w życiu byłam przekonana, że wiem, co widzi drugi człowiek.
Ile razy zakładałam, że skoro czujemy podobnie, to podobnie myślimy.
Ile razy mogłam coś odkryć, gdybym zamiast własnej pewności wybrała ciekawość.
W tamtej chwili żadna z nas nie musiała przekonywać drugiej, co naprawdę przedstawia rysunek na korze. Żadna nie musiała rezygnować z tego, co zobaczyła.
Mogłyśmy po prostu zaciekawić się sobą.
I pomyślałam, że może właśnie tak wygląda jedna z najpiękniejszych postaci bliskości.
Nie musimy widzieć tego samego, żeby naprawdę być razem.
Nie musimy myśleć identycznie, żeby się rozumieć.
Nie musimy rezygnować z własnej perspektywy, żeby zrobić miejsce na cudzą.
A czasami dopiero wtedy, gdy przestajemy oczekiwać, że drugi człowiek będzie widział świat naszymi oczami, zaczynamy go naprawdę dostrzegać.
Może więc następnym razem, kiedy będziesz przekonany, że doskonale wiesz, co ktoś miał na myśli, warto zadać jedno proste pytanie:
„A co Ty tutaj widzisz?”
Bo być może właśnie od tego zaczyna się prawdziwe spotkanie.




Komentarze