Siedem tajemnych słów – Odcinek 3: Mizuko Kuyō (水子供養)

Słowa-pamiątki z Japonii. Kolejnym słowem, które przywiozłam z Japonii jest Mizuko Kuyō (水子供養)rytuał upamiętniający dzieci nienarodzone, utracone przed narodzinami lub zmarłe we wczesnym okresie życia
Są takie straty, po których zostaje mnóstwo rzeczy, jakby nieobecność człowieka musiała zostać zrównoważona nadmiarem jego śladów: ubrania w szafie, książki z pozaginanymi rogami, filiżanka, której nikt nie chce już używać, fotografie, na których ktoś wciąż się uśmiecha.
Są też straty, po których nie zostaje prawie nic, co można wziąć do ręki, pokazać komuś albo umieścić w rodzinnym albumie, choć przecież wydarzyło się coś, co poruszyło cały wewnętrzny świat człowieka, zmieniło jego wyobrażenie o przyszłości, a czasem nawet sposób, w jaki odtąd będzie doświadczał własnego ciała.
Myślę o dzieciach, które nie zdążyły się urodzić, o ciążach zakończonych poronieniem, aborcją, o dzieciach martwo urodzonych, ale także o tych wszystkich doświadczeniach, które pojawiły się w naszym życiu na tyle krótko, że świat nie zdążył ich zauważyć, podczas gdy my zdążyliśmy już nadać im znaczenie.
Jak właściwie opłakuje się kogoś, kogo nigdy nie trzymało się w ramionach, a kto mimo to zdążył zająć miejsce w wyobraźni, planach, uczuciach? Jak żegna się przyszłość, która zaczęła już istnieć w naszych myślach, choć nigdy nie stała się rzeczywistością? I czy żałoba potrzebuje dowodów istnienia, żeby mogła zostać uznana za prawdziwą?
Dzisiaj zasłuchałam się w mądrość japońskiej ceremonii Mizuko Kuyō (水子供養), rytuału upamiętniającego dzieci utracone przed narodzinami lub zmarłe we wczesnym okresie życia, i pomyślałam, że to właśnie w takich dawnych i współczesnych praktykach, w tych drobnych gestach wykonywanych wobec tego, czego nie można już zmienić, odnajdujemy coś, co nasza kultura, tak bardzo zajęta rozwiązywaniem problemów i nieustannym poszukiwaniem skutecznych metod radzenia sobie z życiem, zaczęła stopniowo tracić.
Umiejętność nadawania formy temu, co niewidzialne.
Dzieci wody
Japońskie słowa, zapisywane znakami kanji, mają tę szczególną właściwość, że często otwierają przed nami całe przestrzenie znaczeń, których nie sposób pomieścić w jednym tłumaczeniu, ponieważ każdy znak niesie własną historię, a czasem również obraz, który pozostaje w wyobraźni długo po tym, jak zapomnimy jego prawidłową wymowę.
Mizuko (水子) oznacza dosłownie „dziecko wody”, a kuyō (供養) odnosi się do religijnego aktu ofiarowania, upamiętnienia i oddawania czci, który w buddyjskiej tradycji pozwala symbolicznie zatroszczyć się o zmarłych.
Nie wiem, czy można znaleźć bardziej poruszający obraz dla życia, które dopiero się kształtowało, niż właśnie woda, ta pierwotna materia, z której wyłania się istnienie, pozbawiona trwałego kształtu, a jednak zdolna przyjmować wszystkie kształty, jakie nadaje jej świat.
W japońskich świątyniach można spotkać niewielkie kamienne figurki Jizō Bosatsu, bodhisattwy współczucia, który w ludowej religijności otacza szczególną opieką dzieci, podróżnych i istoty znajdujące się w trudnym położeniu, a którego wizerunki bywają ubrane w czerwone czapeczki, fartuszki i śliniaczki, jakby ktoś chciał ochronić te małe kamienne postacie przed chłodem, choć przecież kamień nie marznie, to my potrzebujemy czasem móc wykonac symboliczny gest opieki nad kimś lub czymś co starciliśmy, móc się o to zatroszczyć.
Kobiety, które przychodzą na ceremonię Mizuko Kuyō przynoszą kwiaty, zabawki, wodę, słodycze, zapalają kadzidła, wypowiadają modlitwy albo po prostu przez chwilę pozostają w ciszy, aby miłość i troska, które nie znalazły swojego spełnienia w codziennym życiu, mogły tutaj znalezc swoje dopełnienie choćby tak skromne jak czerwony kawałek materiału zawiązany wokół szyi kamiennej figurki.
Nie chcę idealizować tej tradycji, której współczesna popularność wiąże się również ze skomplikowaną historią powojennej Japonii, społecznym stosunkiem do aborcji, poczuciem winy narzucanym kobietom, a niekiedy także komercjalizacją religijnych praktyk. Badacze, między innymi Helen Hardacre, zwracali uwagę na to, że rytuały te mogły zarówno przynosić ukojenie, jak i wzmacniać lęk, szczególnie wtedy, gdy sugerowano kobietom konieczność przebłagania duchów utraconych dzieci.
A jednak, kiedy patrzę na te niewielkie figurki, na czerwone czapeczki i kolorowe wiatraczki poruszane wiatrem, widzę w nich coś, co wykracza poza konkretną tradycję religijną: ludzką potrzebę nadania miejsca temu, co wydarzyło się naprawdę, nawet jeśli nie pozostawiło po sobie śladów rozpoznawalnych dla innych.
Gwiezdne dzieci i żałoba, której nikt nie widzi
Przyglądając się japońskim dzieciom wody, wracam myślami do książki mojej przyjaciółki Katarzyny Kachel Wszystkie moje straty. O ciąży, traumie i odzyskanym życiu, oddającej głos kobietom doświadczającym utraty ciąży- "matkom gwiezdnych dzieci"
Zatrzymuje mnie to spotkanie dwóch określeń, tak odległych geograficznie, a jednocześnie podobnych w swojej potrzebie odnalezienia obrazu dla czegoś, co wymyka się zwykłemu językowi: japońskie dzieci wody i nasze gwiezdne dzieci, jedne związane z żywiołem, z którego wyłania się życie, drugie z niebem, ku któremu od najdawniejszych czasów kierowaliśmy wzrok, szukając odpowiedzi na pytania o śmierć, nieobecność i tajemnicę istnienia.
W jednym z wywiadów Kasia zwraca uwagę, że kobiety po utracie nienarodzonego dziecka często nie pozwalają sobie na żałobę, i myślę, że to zdanie odsłania szczególnie bolesny wymiar straty, której otoczenie nie potrafi rozpoznać, ponieważ nie ma wspólnych wspomnień, nie zna twarzy zmarłego, nie uczestniczyło w jego życiu, a czasem nawet nie wiedziało, że ono się rozpoczęło.
Jak łatwo wtedy o słowa wypowiadane w dobrej wierze, a jednak odbierające cierpieniu jego znaczenie: że przecież to był dopiero początek, że jeszcze będą inne dzieci, że natura wie, co robi, że lepiej nie rozpamiętywać, skoro życie musi toczyć się dalej.
I rzeczywiście życie toczy się dalej, co bywa jednym z jego największych okrucieństw i jednocześnie jednym z największych darów, ponieważ świat nie zatrzymuje się wtedy, kiedy nasz wewnętrzny świat właśnie się rozpada.
W psychologii istnieje pojęcie żałoby nieuznanej społecznie, opisane przez Kennetha Doke jako disenfranchised grief, odnoszące się do takich doświadczeń utraty, którym otoczenie nie przyznaje pełnego prawa do smutku, pamięci i społecznego wsparcia.
Myślę, że właśnie ten brak uznania może być niekiedy równie bolesny jak sama strata, ponieważ człowiek zostaje wtedy nie tylko pozbawiony tego, co kochał, lecz również możliwości opowiedzenia innym, co właściwie utracił.
Nieuznana żałoba nie jest tym samym co żałoba przedłużona czy powikłana, ale brak wsparcia, izolacja i niemożność nadania znaczenia własnemu doświadczeniu mogą dodatkowo utrudniać proces adaptacji do straty.
A przecież nie każda kobieta przeżywa utratę ciąży w ten sam sposób, nie każda doświadcza więzi z dzieckiem, nie każda chce nadawać mu imię, nie każda potrzebuje ceremonii i nie każda interpretuje swoje doświadczenie w kategoriach macierzyństwa, co wydaje mi się szczególnie ważne, kiedy mówimy o rytuałach, które powinny pozostawiać człowiekowi przestrzeń wolności, zamiast narzucać mu gotowy sposób przeżywania.
Kiedy zabrakło nam rytuałów
Zastanawiam się czasem, w którym momencie zaczęliśmy wierzyć, że wszystko, co ważne, powinno zostać przede wszystkim zrozumiane, wyjaśnione i przepracowane, jakby człowiek był wyłącznie istotą posługującą się rozumem, a każde doświadczenie można było uporządkować poprzez nadanie mu właściwej nazwy i znalezienie odpowiedniego sposobu postępowania.
Współczesny świat oferuje nam niezliczone metody poprawiania jakości życia, regulowania emocji, zwiększania odporności psychicznej i radzenia sobie z kryzysami, ale mam wrażenie, że znacznie mniej miejsca pozostawia na te doświadczenia, wobec których nie możemy niczego naprawić, przyspieszyć ani zmienić.
Na żałobę, która potrzebuje czasu.
Na pożegnanie, które potrzebuje świadków.
Na wdzięczność, która chciałaby znaleźć swój gest.
Na przemianę, której jeszcze nie potrafimy nazwać, choć czujemy już, że dawne życie przestało do nas pasować.
W tradycyjnych społecznościach wiele takich momentów miało swoje rytuały przejścia, które nie tylko wyznaczały granicę pomiędzy jednym etapem życia a następnym, lecz również pozwalały całej wspólnocie rozpoznać, że człowiek znalazł się w szczególnym miejscu swojej drogi.
Antropolog Arnold van Gennep opisywał rytuały przejścia jako proces obejmujący oddzielenie od dawnego stanu, okres przejściowy i ponowne włączenie do wspólnoty w nowej roli, a Victor Turner rozwijał refleksję nad owym stanem pomiędzy, kiedy nie jesteśmy już tym, kim byliśmy, ale jeszcze nie staliśmy się tym, kim mamy być.
Jak wiele współczesnych doświadczeń rozgrywa się właśnie w tej przestrzeni pomiędzy?
Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, a my nadal odruchowo przygotowujemy dla nich miejsce przy stole. Kiedy kończy się wieloletni związek, lecz nasze ciało wciąż pamięta obecność drugiej osoby. Kiedy opuszczamy dom rodzinny, zamykamy działalność, żegnamy dawną pracę albo uświadamiamy sobie, że pewien etap życia minął bezpowrotnie, choć nikt nie ogłosił jego końca.
W tych wszystkich momentach tak bardzo potrzebujemy rytuałów, które pozwoliłyby nam nie tylko rozumieć zmianę, ale również jej doświadczyć, zatrzymać się na granicy pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero nadchodzi, i przez chwilę pobyć w tej niepewnej przestrzeni bez konieczności natychmiastowego ruszania dalej.
Ciało pamięta gesty
W pracy terapeutycznej coraz mocniej przekonuję się, że nie wszystkie doświadczenia dają się opracować wyłącznie poprzez rozmowę, ponieważ człowiek nie przeżywa życia samym umysłem, lecz całym ciałem, które pamięta napięcie, ciężar, dotyk, oddech, a czasem także brak dotyku, na który czekało.
Możemy wiedzieć, dlaczego coś się wydarzyło, rozumieć mechanizmy psychologiczne, rozpoznawać własne emocje i nadal odczuwać potrzebę zrobienia czegoś, co pozwoli nam symbolicznie domknąć doświadczenie, niekoniecznie po to, żeby je zakończyć, ale żeby nadać mu nowe miejsce.
Rytuał angażuje bowiem coś więcej niż nasze przekonania.
Kiedy zapalamy świecę, wykonujemy gest, który ma swój początek, trwanie i koniec. Kiedy piszemy list do kogoś, kto odszedł, nadajemy słowom materialną postać. Kiedy sadzimy drzewo, powierzamy ziemi coś, co odtąd będzie rosło niezależnie od nas, a jednak pozostanie związane z naszą pamięcią.
Wszystkie te czynności mogą stać się symbolicznymi pomostami pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym, pomiędzy tym, co czujemy, a tym, co możemy zobaczyć, dotknąć i podzielić z innymi.
Francis Weller, psychoterapeuta zajmujący się żałobą i rytuałami, przypomina, że przez większą część ludzkiej historii żałoba nie była sprawą prywatną, lecz doświadczeniem wspólnotowym, w którym inni ludzie nie tylko towarzyszyli cierpiącemu, ale także pomagali unieść ciężar jego straty.
Zastanawiam się, w którym momencie zaczęliśmy traktować żałobę jako zadanie do wykonania w samotności, jako wewnętrzną pracę, którą należy przeprowadzić możliwie sprawnie, żeby móc powrócić do codziennych obowiązków, i co właściwie tracimy, kiedy pozbawiamy cierpienie jego społecznego wymiaru.
Rytuały są tak bardzo ważne, bo pozwalają nam nie tylko wyrazić to, czego nie potrafimy wypowiedzieć, ale również zostać zobaczonymi w doświadczeniu, którego nie jesteśmy w stanie unieść wyłącznie własnymi siłami.
Bo czasami nie potrzebujemy kogoś, kto pomoże nam pozbyć się smutku. Potrzebujemy kogoś, kto potrafi przy nim z nami pozostać.
To nie oznacza oczywiście, że rytuał automatycznie leczy traumę czy żałobę, ani że zastępuje profesjonalną pomoc wtedy, gdy cierpienie staje się przytłaczające, lecz może tworzyć warunki, w których doświadczenie zyskuje bardziej uchwytną postać, a człowiek odzyskuje poczucie wpływu na sposób, w jaki chce się z nim obchodzić.
Myślę również o koncepcji trwających więzi, continuing bonds, która przypomina, że proces żałoby nie musi oznaczać zerwania wewnętrznej relacji ze zmarłym, ponieważ pamięć, miłość i znaczenie tej relacji mogą nadal stanowić część naszego życia, choć zmienia się sposób ich przeżywania.
Dlatego tak poruszają mnie czerwone czapeczki Jizō.
Ktoś, kto nie może już otulić własnego dziecka, otula kamienną figurkę, a w tym symbolicznym geście znajduje być może możliwość wyrażenia troski, która nie przestała istnieć tylko dlatego, że zabrakło jej adresata w fizycznym świecie.
Małe ceremonie codzienności
Nie sądzę, żebyśmy musieli odtwarzać dawne obrzędy albo przyjmować cudze przekonania religijne, żeby odzyskać coś z mądrości rytuałów, ponieważ ich istota nie tkwi wyłącznie w ustalonej formie, lecz również w intencji, z jaką wykonujemy określone czynności, oraz w znaczeniu, które im nadajemy.
Możemy stworzyć własny rytuał pożegnania domu, w którym mieszkaliśmy przez wiele lat, przechodząc po raz ostatni przez jego pokoje i przypominając sobie wydarzenia, których były świadkami ściany.
Możemy uczcić zakończenie ważnego etapu życia, zapisując to, za co jesteśmy wdzięczni, i to, co chcielibyśmy pozostawić za sobą.
Możemy posadzić drzewo na pamiątkę kogoś bliskiego, nie dlatego, że drzewo ma zastąpić człowieka, ale dlatego, że czasami potrzebujemy widzieć, jak życie trwa dalej, nie unieważniając tego, co minęło.
Możemy też po prostu spotkać się z kimś i opowiedzieć historię, która przez wiele lat nie znajdowała słuchacza, pozwalając, żeby drugi człowiek stał się świadkiem naszego doświadczenia.
A największą wartością rytuału jest to, że na chwilę wyłącza nas z codziennego pośpiechu i przypomina, że nie wszystko, co robimy, musi służyć osiągnięciu konkretnego rezultatu.
Niektóre gesty wykonujemy dlatego, że coś jest dla nas ważne.
I to wystarcza.
Miejsce dla tego, co odeszło
Wracam jeszcze raz myślami do japońskich świątyń, do niewielkich figurek stojących wśród drzew, czasem porośniętych mchem, z czerwonymi czapeczkami wyblakłymi od deszczu i słońca, i zastanawiam się, ile ludzkich historii zostało powierzonych tym kamiennym postaciom, ile słów wypowiedziano przy nich szeptem, ile łez spadło na ziemię, zanim ktoś poczuł, że może już wstać i wrócić do swojego życia.
Nie znam odpowiedzi i być może właśnie ta niewiedza jest częścią ich piękna, ponieważ nie wszystko musi zostać opowiedziane, żeby mogło zostać uszanowane.
Myślę o tym, jak często próbujemy pomagać innym, szukając odpowiednich słów, wyjaśnień i pocieszeń, podczas gdy czasami najważniejsze jest po prostu stworzenie przestrzeni, w której człowiek nie musi tłumaczyć się ze swojego smutku ani udowadniać, że ma do niego prawo.
A kiedy myślę o Mizuko Kuyō, o dzieciach wody i czerwonych czapeczkach Jizō, coraz wyraźniej czuję, że być może nie potrzebujemy kolejnej metody pozwalającej szybciej uporać się z tym, co trudne, lecz raczej większej odwagi, żeby przy tym pozostać, uznać znaczenie tego, co się wydarzyło, i pozwolić sobie na gest, obecnośc, czułośc.
Inspiracje i źródła
Katarzyna Kachel, Wszystkie moje straty. O ciąży, traumie i odzyskanym życiu
Helen Hardacre, Marketing the Menacing Fetus in Japan
Jeff Wilson, Mourning the Unborn Dead: A Buddhist Ritual Comes to America
Kenneth J. Doka — koncepcja żałoby nieuznanej społecznie.
Arnold van Gennep, Obrzędy przejścia
Francis Weller The Wild Edge of Sorrow: Rituals of Renewal and the Sacred Work of Grief.
Victor Turner, Proces rytualny
Dennis Klass, Phyllis R. Silverman, Steven L. Nickman, Continuing Bonds: New Understandings of Grief
Siedem tajemnych słów. Pamiątki z Japonii — o japońskiej kulturze, psychologii i sposobach odnajdywania głębszego znaczenia w codziennym doświadczeniu.




Komentarze